Wszystko zaczęło się pewnego listopadowego dnia, kiedy stojąc w codziennym korku do Amsterdamu wraz z setkami innych kierowców poczułam tak wielki ciężar, że prawie się rozpłakałam. Ciężar tej chwili, deszczu bębniącego o szybę, czerwonych świateł aut w porannej ciemności, a nade wszystko szarego nieba, które, zdawać by się mogło, zwalało się na moją głowę. Nie wiem, dlaczego ten poranek był tak wyjątkowy, przecież przez dziesięć poprzednich lat mieszkania w Holandii wiele razy doświadczyłam trudnych chwil. I to nie tylko z powodu stalowego nieba, a z którymi zawsze z pogodą ducha dawałam sobie radę. Jednak wtedy właśnie wróciłam po pracy do domu z przeświadczeniem, że pomimo wielu szczęśliwych doświadczeń i dobra, które było obecne w naszej codzienności się przez te lata, wkrótce się coś zmieni. 

Mniej więcej tydzień później, jakby na potwierdzenie, wydarzyło się coś… zabawnego? Dramatycznego? Ta tragiczno-śmieszna sytuacja przesądziła o moim pragnieniu zmiany. Końcem listopada odwiedzili nas nasi polscy znajomi z trójką dzieci. Akurat trwał w najlepsze jeden z dziesiątek przewających się co roku przez Holandię sztormów. O jakimkolwiek zwiedzaniu czy wycieczkach rowerowych nie mogło być mowy, chyba że chcieliśmy wylądować w kanale zdmuchnięci wiatrem. Spędzaliśmy więc czas w domu na pogawędkach, choć wiało tak strasznie, że goście bali się, że dom nasz pozbawiony zostanie za chwilę dachu!

Akurat siedzieliśmy przy stole, pijąc herbatkę, gdy mało nie upuściłam filiżanki z ręki, dostrzegłszy sytuację za oknem. Do stojaka w ogrodzie przymocowany był kajak, którym regularnie spływaliśmy po okolicznych kanałach. Nagle zobaczyłam, jak został on jakąś ogromną wietrzną siłą podniesiony w górę i opadł trochę dalej, uderzając prawie o auto sąsiada. Wrzasnęłam jak opętana, wyobrażając sobie, jak zdemolowany zostałby pojazd, gdyby kajakowi zachciało sie opaść kilkadziesiąt centymetrów dalej. Tak jak stałam wybiegłam do ogrodu, łapiąc kajak i przyciskając go do podłoża wszystkimi kończynami. Wiatr rozwiewał mi włosy, więc wyglądałam jak uczestniczka eksperymentów z fizyki. Obserwator tej przedziwnej sytuacji mógł pomyśleć, że od kajaka płynie prąd, unosząc me włosy ku górze jak u Einsteina. Widok był chyba przerażający, bo miły mój mąż rzucił się na ratunek, biegnąc przez sztormy i wichry ku mnie. Ja, starając sie przekrzyczeć huk wiatru, wołałam rozpaczliwie: „Ricardo, to mój ostatni sztorm w tym kraju! Już nie chcę! Nie chcę już tu mieszkać!”

Gdy to piszę, śmieję się do rozpuku, bo tak naprawdę musiałam wyglądać i brzmieć prześmiesznie. Ale zdarzenie to przepełniło czarę goryczy. Obiecałam sobie, że to moja ostatnia zima, kiedy muszę ratować auta sąsiadów przed kilkudziesięciokilogramowymi przedmiotami wylatującymi z naszego holenderskiego mini ogródka. Dwa tygodnie później siedzieliśmy w samolocie do Porto, ale o tym w następnym wpisie 😊.

Share This