Wiejski zegar na kościelnej wieży oznajmia, że wybiła właśnie godzina dwunasta. W Portugalii to pora obiadowa, a ponieważ po lekkim śniadaniu nasze kiszki zaczynają już hałaśliwie grać marsza, udajemy się na obiad do pobliskiej restauracji o wdzięcznej nazwie „Gołąbeczka”.

Do prostego, ale sytego i smacznego posiłku zamawiam lokalne vinho verde, prosząc o jego czerwoną odmianę tinto. Oprócz niej istnieje również biała, najbardziej znana i rozpowszechniona oraz wytwarzana na mniejsza skalę różowa, a wszystkie produkowane są na terenie historycznego regionu Minho. Nazwa wina dosłownie oznacza „wino zielone” i odnosi się nie do koloru, ale do jego musującej świeżości. 

W restauracji jest gwarno. Zamawiając wino proszę, aby podano je w naczyniu zwanym tutaj malgą lub tigelą (czyt. tiżelą), a przypominającym miseczkę do zupy.

Kelner stawia przede mną porcelanowe naczynie, którego prostota nienagannie harmonizuje z niebiesko-żółtymi kafelkami azulejos na ścianach restauracji, przy których siedzimy. Wino smakuje wybornie, znakomicie współgrając z wyrazistym smakiem mięsa oraz pieczonych ziemniaczków w aromatycznym sosie. Całości dopełnia prosta sałatka z chrupiącej sałaty i soczystych pomidorów skropiona obficie oliwą z oliwek, które z pewnością dojrzewały w portugalskim słońcu.

Obracam miseczkę w dłoni i wdycham cierpki zapach napoju. Rozglądam się po sali: część gości pije z takich samych miseczek. Zastanawia mnie ten zwyczaj, ponieważ nigdzie i nigdy wcześniej się z nim nie spotkałam.

Zaintrygowana miseczkowym fenomenem udaję się parę dni później do jednego z miejsc zwanych „tasca” (czyt. taszka), do pijalni wina, serwującej oprócz napojów alkoholowych również przepyszne przystawki, sałatki i kanapki. Miejsce, które wybieram jest tradycyjną, zlokalizowaną w klimatycznej kamieniczce winiarnią, która ma swoją historię, na stałe będąc już wpisana w kulinarno-winiarską mapę mojego miasta. Kto będzie w stanie lepiej wyjaśnić mi tajemnicę miseczek, jak nie ten, kto w ich towarzystwie przebywa cały dzień?

Sekret misek

Siadam przy barze, zamawiam sałatkę z ośmiornicą oraz vinho verde tinto. Przede mną pojawia się malga z czerwonym napojem. Wygląda jak… barszcz, a mnie od razu staje przed oczami pierwsza wizyta w północnej Portugalii. Nie mieszkaliśmy jeszcze w tym kraju, a do tej jego części udaliśmy się w porze zimowej. W Bradze padał deszcz, a po kilkugodzinnym zwiedzaniu kiszki grały nam marsza. Wstąpiliśmy do dość obskurnie wyglądającej restauracyjki, by się posilić. Do lokalnych specjałów caldo verde (zupy z kapusty galicyjskiej i kiełbaski chouriço) oraz zapiekanki mięsno-jajecznej o nazwie francesinha zamawiamy czerwone wino. Zamiast trunku dostajemy jednak… barszcz czerwony w porcelanowych miseczkach! Zerkam na małżonka, który niepewnie zaczyna obwąchiwać zawartość naczyń i tonem odkrywcy dalekich lądów rzecze: „Toż to wino jest!”

Barman przerywa braskie wspomnienia, stawiając przede mną sałatkę z ośmiornicy. Wygląda smacznie, tak samo jak vinho tinto, które zaraz dopełni smaku. Podane zostaje – rzecz jasna – w maldze.

Delektuję się posiłkiem, wspominając pierwsze spotkanie z miseczkami. W tasce robi się spokojniej, wykorzystuję więc tę chwilę, by dowiedzieć się czegoś więcej o tradycji, która tak bardzo mnie intryguje.

Rozpoczynam więc pogawędkę z barmanem, który ochoczo dzieli się ze mną informacjami o źródłach picia wina z miseczek. Okazuje się, że czerwone vinho verde przed spożyciem musi uwolnić swój aromat, co nie mogłoby nastąpić w „zamkniętej” konstrukcji kieliszka. Niezmiernie istotne jest również, by wino zostało lekko ogrzane ciepłem rąk, co byłoby mocno utrudnione, gdyby pito je w tradycyjny sposób. Podczas, gdy najbardziej znane lekko musujące białe vinho verde powinno być serwowane w temperaturze pomiędzy 6 a 8 stopni, to w przypadku jego czerwonej odmiany pełnię smaku uzyskuje się przy temperaturze 12-15 stopni.

Barman dolewa mi do miseczki wina na koszt firmy i gawędzimy dalej. Otulam dłońmi naczynie i wdycham aromat: silny, kwaśny. Smak wina jest wyrazisty, ostry, dlatego też nie wszystkim ono smakuje, gdyż uważa się, że może podrażniać żołądek.

Mój żołądek na szczęście póki co czuje się wyśmienicie.

Mężczyzna rozwodzi się o przekąskach, przy których wino to uzyskuje pełnię smaku. Z jego opowieści wynika, że w towarzystwie trunku wybornie odnajdują się sardynki, z których Portugalia słynie i które stały się jednym z jej symboli. Jak kraj długi i wąski, rybki owe nie umkną uwadze nikogo i widoczne są wszędzie i w różnych wydaniach, począwszy od tekstyliów z sardynkami w roli głównej, poprzez sardynkowe podstawki z korka oraz wielkie sardynie poduchy z ludowymi wzorami, poprzez te, którym bardzo ciasno w pięknie ozdabianych puszkach sprzedawanych w specjalizujących się w nich sklepach, a kończąc – i w tej wersji kocham je najmocniej – na grillowanych sardynkach, których aromat dociera do najbardziej zakatarzonych nozdrzy i przenika je na wskroś powodując ssanie w żołądku. Pierwszy raz sardynek, nie tych maleńkich, znanych nam z puszek, lecz wielkich na długość całego talerza dane mi było spróbować w Lizbonie, prosto z kramu na ulicy, i – bijąc się w piersi, aż dudni – zapewniam: ten smak to przedsionek raju.

Rozmarzony na wspomnienie lizbońskich sardynek wzrok mój z pewnością musi wyglądać zachęcająco, gdyż barman zdradza mi tajemnicę romansu owych rybek i czerwonego wina z regionu Minho. Okazuje się, że sardynka jest rybą bardzo kompleksową, o konretnym, wyrazistym smaku oraz dużej zawartości tłuszczu. Do towarzystwa potrzebuje więc wina, które „wytrzyma” z tak zdecydowaną partnerką. Konieczne jest więc, aby odznaczało się ono równie mocnym smakiem i pewną surowością w wyrazie. Idealne w tej kombinacji będzie więc właśnie wino czerwone z Minho, tworząc z uroczymi rybkami niezwykle zgrany duet.

Z niecierpliwością już czekam na sardynkowy sezon, kiedy to na ulicznych kramach, w małych wiejskich restauracyjkach, tascach i w wykwintnych lokalach królować będą grillowane sardynki. Już wiem, czym będę je popijać!

Share This