W mojej wsi istnieje miejsce zupełnie wyjątkowe. Traktuję je jako obowiązkowy punkt programu odwiedzin każdego znajomego i rodziny. To nie zabytek, las, góry, czy kiwobranie. Naprzeciwko kapliczki Pana Zagubionych (Senhor dos Perdidos), pod palmą, w kamiennym budyneczku jest sklepik „u dziadka”. Na maksymalnie zminimalizowanej (o ile można tak to opisać) powierzchni można kupić wszystko. No, może oprócz czołgu. Jestem pewna, że przestrzeń tę zapełniał jakiś mistrz magazynierstwa lub po prostu wspomniany wyżej… Dziadek. Kochany Senhor Alberto jest jednym z najbardziej uroczych dziadziusiów, jakich spotkałam w życiu. Gdy zawitałam do jego nieprawdopodobnej przestrzeni po raz pierwszy, powitał mnie:”Ach, Dona Marta, ja to o Pani już tyle słyszałem!” (Mniejsza o to, że mieszkałam wtedy może dwa dni we wsi.)
„Bem-vinda em Portugal!” „Witamy w Portugalii!”
Czy można sobie wyobrazić lepsze powitanie?
Zapraszam na wycieczkę po tym szczególnym miejscu.
W sklepiku Dziadek Alberto ma wszystko, sery, wędliny, bułeczki, wina, figurki świętych, młotki, narzędzia, chemię gospodarczą, a na zapleczu, w jego ogrodzie istnieje taki arsenał wszelkiego typu sprzętów, siatek ogrodniczych i rur, jakiego nie powstydziłby się żaden Leroy Merlin czy inna Castorama.
Z drugiej strony sklepiku Dziadzio ma przyjemną kawiarenkę, w której w gorące letnie popołudnia miejscowi mężczyźni ucinają sobie partyjkę bingo. Ja lubię siadywać na zewnątrz kawiarenki w cieniu palmy popijając aromatyczną kawę z mlekiem. Czas płynie wolno.
Zresztą, wybierając się do Dziadzia, śpieszyć się nie można, bo szybkość obsługi jest… hmmm… portugalska. Ale po co się spieszyć, jak można sobie kawusie wypić, choćby przy kasie, czekając, aż Senhor Alberto skasuje produkty?
Obejrzyjcie galerię zdjęć!
Share This