Grudzień 2016 roku. Wsiadamy w pociąg z Porto, gdzie przyjechaliśmy na weekend, do Bragi. Godzina podróży, podczas której niby nic się nie dzieje. Pasażerowie zajęci swoimi sprawami, czytają książki, wysyłają smsy, gdzieniegdzie słychać przyciszone głosy. Za to ja jestem w innym świecie. Przykleiłam się nosem do szyby i tak trwam. Mimo słoty i szarych chmur krajobraz mnie urzeka. Niby nic specjalnego, wzgórza, lasy, czasem stojące tuż przy torach domki z ogródkami pełnymi drzew cytrynowych i pomarańczowych. Właśnie jest sezon na te owoce, a mnie ten widok zachwyca. Przypominam sobie słowa, które wypowiedziałam kilka lat wcześniej do męża: że chciałabym kiedyś mieszkać w domu z drzewem pomarańczowym w ogrodzie. W tym właśnie pociągu czuję, że chcę tu zamieszkać, w tym regionie.

Wysiadamy na dworcu w Bradze, który przypomina dworce z czasów Peerelu. Pod metalowym sklepieniem migają anemiczne jarzeniówki, a karteczka obok jedynej czynnej kasy uprzejmie informuje, iż brak porządnego oświetlenia przybytku spowodowany jest wprowadzeniem polityki oszczędnościowej. Poryw wiatru unosi poły płaszcza sprzedawcy cytryn rozłożonych na kawałku gazety na murku przed dworcem. Rozglądam się wokół siebie. Bezpośrednie sąsiedztwo dworca nie zachwyca – bloki, parę sklepów i kawiarni. Gdzie ten portugalski Rzym? Pytamy sprzedawcę owoców o stare miasto. Zdecydowanym ruchem pokazuje nam kierunek: „Tam pani, tam, gdzie ta brama.” Rzeczywiście, po kilkuset metrach naszym oczom ukazuje się majestatyczna brama.
Pamiętacie Oracle, wyrocznię z dwoma sfinksami z filmu „Neverending Story”? Czułam się podobnie jak główny bohater. Miałam wrażenie, że przechodząc przez braską bramę na „drugą stronę”, zostawiam za sobą blokowiska i ciemny dworzec, a wchodzę w świat historii oraz majestatycznych kamienic i kościołów.

Nagromadzenie świątyń rzeczywiście jest ogromne, jak w Rzymie. W Bradze wybudowana jest też najstarsza katedra w tym kraju, której początki sięgają XI wieku. Całe miasto przykryte jest cudownym „pyłem dekadencji” i jest tak… nieoczywiste. Uwielbiam autentyczne miejsca, bez tłumu turystów, może dlatego mnie w to grudniowe popołudnie Braga tak urzekła i mogłam się nią napawać do woli. Kobieta na placu piekąca kasztany, zakonnice sprzedające na placu ciastka własnej roboty, pusta winda hydrauliczna-najstarsza w kraju-na wzgórze Bom Jesus do Monte. Gdy wieczorem biegliśmy na ostatni pociąg do Porto, w strugach deszczu, wiedziałam, że moja noga jeszcze nie raz tu postanie. I tak się właśnie stało, pół roku później zamieszkaliśmy w położonej 30 km od Bragi ukochanym Ponte de Lima, w domu z drzewkiem pomarańczowym w ogrodzie.

W Bradze bywam teraz regularnie. I jak zawsze jestem nią urzeczona. Obejrzyjcie parę zdjęć z tego pochmurnego, pamiętnego, pierwszego braskiego popołudnia i dajcie wiatrowi porwać poły także i Waszego płaszcza…

Share This